I właśnie przyszedł ten dzień.

Pozorny spokój, poranek jak każdy. Nic wielkiego się nie dzieje, a jednak coś wisi w powietrzu. Czuję się znowu jak popcorn. Czuję, że mogę wybuchnąć. Nie złością, nie gniewem (tego już dawno w sobie nie mam i nawet jak ktoś się stara, to trudno to u mnie uruchomić).

To coś innego. Jest ekscytacja, jest radosny nastrój, ale podskórnie czuję niepokój. Medytacja, oddechy, intencje, rytuały, kurkuma, no i wreszcie kawa:), siadam do stołu, żeby popracować nad bardziej prozaicznymi sprawami – bo faktury (a sama sobie księgową jestem),  bo powrót po 3 miesięcznym przymusowym (acz ciekawym) odcięciu od możliwości dotychczasowej pracy, bo jakieś maile, rachunki, pisma i inne przyziemne historie. Doczekać się nie mogę, kiedy zajmę się czymś ciekawszym. Really? Tylko czym? Bo tyle ciekawych rzeczy dzieje się dookoła…


W międzyczasie włączam telefon, żeby dowiedzieć się co tam w świecie. A w komputerze (a mam ich 2) zauważyłam, ze jest jakiś ciekawy (Jezu, wszystko mnie ciekawi!) webinar – więc go sobie włączyłam w tle. Więc gada mi w tle. Na facebooku pojawiło się jakieś zaproszenie więc sprawdzam, wchodzę głębiej, pojawia się jakaś grupa, dołączam, znowu mam jakiś program, wyzwanie, zaproszenie na kurs, dołączam, czytam, bo ja chcę wszystko robić i ciągle mi mało, a jednocześnie wiem, że nie wystarczy mi na to czasu, bo ten czas, no kurna! tak jak przed chwilą napisałam o grocie, że ona jest z soli, a nie z gumy – to ten czas z gumy też nie jest. No szkoda, ale rzeczywiście nie jest. Cóż, zapisałam się, licząc po cichutku, że może wymyślą niedługo jakieś rozciąganie czasowe i wtedy to wszystko wskoczy do mojej przestrzeni. Webinar ciągle gada, tylko ja już sie zgubiłam. Sprawdzam maile, tam nieodczytanych wiadomości na jednej skrzynce (a mam ich na szczęście tylko 2) około 1370 a na drugiej 2150. Serio. Nieodczytanych. A ja przecież ciągle czytam! Jak to? No tak to. Zapisuję się kompulsywnie na wszystko co mnie otacza. Bo to przecież ciekawe, jedyne, fantastyczne, zmieniające życie, itd itp. Co tam sobie ktoś napisze, mnie to ciekawi. Więc dostaję tysiące newsletterów i powiadomień o kolejnych tysiącach wydarzeń. Od zdrowego odżywiania, przez obróbkę zdjęć, medycynę chińską, ajurwedę, masaże, fizjoterapię, filozofię, fizykę kwantową po latanie na paralotniach. 

Nie wspominając o podróżach i jodze z całego świata oczywiście, bo to wiadomo.

Tworzę folder w skrzynce. I podfolder, a co mi tam.

Albo wrzucę to do zakładki. Matko, tylko do której? Zakładek mam pewnie 120. I tak już nie wiem co w której jest i jaki był klucz ich tworzenia. No to wrzucam do jakiejkolwiek. Jakbym się bała, ze mi to zniknie. No więc znika. Aaa…. jeszcze niedokończone zamówienie książek, które też kupuję kompulsywnie. Widzę ich w koszyku 12. Mam ostatnio postanowienie, że książki w koszyku czekają 1 dzień, weryfikuję kolejnego dnia i decyduję, którą usunąć. Niestety po weryfikacji  dodaję następne 2.

Kiedy je przeczytam? Oj, przeczytam przeczytam. Ciągle mam jakąś wizję, ze ten czas się znajdzie. Kiedyś nawet przeszłam kurs szybkiego czytania (tak kurs!:)), żeby kondensować. Kondensować.. kondensować?  Serio? Napisałam tak? Kondensować…

Tylko… co ja chcę skondensować? Życie w życiu? Jak jakieś mleko z puszki czy coś..

Dobra, zrobię plan i zapiszę to sobie wszystko w kalendarzu. Odgruzuję się i okopię.

Hm.. Tylko którym kalendarzu? Tym marketingowym, tym od rozwoju, tym z cytatami, tym jogowym, tym z fazami księżyca, a może w kalendarzu google? Albo outlooku. No tak, ale w grocie też mam kalendarz i zaraz tam będę dłużej przebywać, to może w tamtym? Zapomniałam, mam przecież jeszcze niebieskie zeszyty do zapisywania myśli, może tam? Już sama nie wiem… Może jakiś kursik z zarządzania czasem:))) żartuję.

Ale czy aby na pewno żartuję? Stop klatka.

Wypisuję sobie ilość kursów, które przechodzę aktualnie jako uczestnik.

Jest ich 10. Tak. Nie mniej, nie więcej tylko 10. Każdy z nich to setki godzin i ćwiczeń. A przecież w międzyczasie tworzę swój autorski, zupełnie na inny temat niż te, w których uczestniczę. Nawet 2. Nie, sorry mam ich już 3. Swoich. Kiedy je ujrzą światło dzienne?

Dżizas. No właśnie. Dżizas chyba nie podżizasuje dzisiaj.


No i tutaj zaczyna się historia. A może kończy. Kto wie?

Kiedyś, opowiadając o sobie (takie zwyczajowe zadanie kiedy trzeba się przedstawić, wypowiedzieć te wszystkie magiczne słowa o tym, jakim fantastycznym człowiekiem się jest i jakie przeszło się życiowe zakręty, żeby dojść do tego momentu, że ktoś w ogóle pyta Cię kim jesteś) najczęściej używałam takiego opisu, że nic się w moim życiu nie wydarzyło przełomowego, że jest zwyczajnie, że żyję sobie przyjemnym i dobrym życiem, że wszystko, co się u mnie dzieje, jest dokładnie tym czego chcę. A jak dzieje się coś, czego nie chcę, to przewalutowuję to sobie na to, że widocznie tego chciałam, tylko, nie wiedziałam, że chcę. I gra.

Kot na mnie patrzy. To najlepszy nauczyciel zen. Poza moimi dziećmi of course.

Zadaję sobie pytanie.

Czy ja tego chcę? Wychodzi na to, że chcę (bo przecież zawsze robię to co chcę) więc zadaję kolejne proste pytanie … po co mi to?

Jedno podstawowe pytanie.

Po co mi to?

Po co mi tak dużo tej wiedzy, którą gromadzę. Tych szkół, kursów, studiów podyplomowych, warsztatów i miejsc, w których to zbieram. Tych pomysłów, tej ciągłej pracy i wyścigu z czasem. Poza oczywistą odpowiedzią chcę dowiedzieć się bardziej, więcej. Dojść do tak zwanego szpiku informacji. O sobie. Ale o sobie nie znaczy, że to jest o mnie. A co to znaczy? To jest kolejne dobre pytanie. 

Po co?

Po co? To jest moje pytanie na dzisiaj.

Dzisiaj będę robić NIC.  Poczekam sobie na odpowiedź.

Pójdę do lasu, jest fajnie, pada. A jak przyjdzie odpowiedź na moje „po co?” dam znać tutaj. Jak macie ochotę, to obserwujcie. Lubię sobie pisać czasami. Nawet przeszłam kurs bezwzrokowego pisania… jeny.. serio? hahaha:) Serio serio:)

Chciałam podlinkować adres bloga, ale widzę (w zakładkach, a jakże:)) , że mam 4 blogi. TAK 4.

I nie pytajcie mnie po co…:)